piątek, 14 lipca 2017

I Bóg oddzielił niebo i ziemię, morze i ląd.

Daniel Gran, Ceiling Fresco of the State Hall Dome

Nieobcy jest nam pierwszy atom. Punkt wszechświata, w którym skumulowała się cała wiedza i całe życie, cała, jakby to ująć, cholerna przestrzeń, o której myśleć nie sposób, bo nieskończoność przyprawia o dreszcze, chorobę psychiczną. Człowiek staje się filozofem.

Ta ekstremalnie mała cząsteczka była szafą nastoletniego chłopca. Panował w niej istny chaos. Chaos przez duże H. Poza szafą był oczywiście porządek. Żadnych papierków na dywanie, bokserek na krześle, skarpet pod łóżkiem. Ten brak rodził poczucie pustki i samotności. Nastoletni chłopiec patrzył na drzwi swojego unitowego chaosu i nabierał sił by go otworzyć. Dorastał bowiem do chwili, gdy mógł ma własną odpowiedzialność rzec: In principio creativ Deus caelum et terram. I otworzył szafę, a ona wybuchła na niego bezmiarem pierwiastków, które rozprzestrzeniły się w nieskończoności pokoju, łącząc się w idealną harmonię, w idealny majestat nie mogący drgnąć w niewłaściwą stronę. Bo żeby przeprowadzić porządek, trzeba wyrzucić bałagan na podłogę. Chaos porusza się nieproporcjonalnie, lecz porządek gra, gra bo jest porządkiem bez końca.

Na początku był Chaos, a Chaos był początkiem wszystkiego.

To był niesamowicie zbuntowany dąb. Rósł osierocony pod górą Al tum, którą dziś nazywają Antoroto. To był czas, gdy trudno było ją nazywać górą. Prawdziwe góry znajdywały się na północy, a Gaja zwała je Al Ken. Nie żeby te nazwy cokolwiek dla niej znaczyły. Bawiła się głosem w sposób abstrakcyjny. Buntowniczy dom ochrzciła Niedą, ale obserwując go z niepokojem, wolała mówić na niego:
- Ty stary skurwysynie.
Nieda nie był wcale taki stary. Miał pięć lat. Tylko chyba nie przepadał za towarzystwem Antoroto, bo rósł jak baobab i rzucał na niego zdecydowanie zbyt dużo cienia.
- Moje ty kochane drzewko – szeptała z żalem Gaja na zmianę z wybuchami złości. Nie miała stu lat na pilnowanie rzezimieszka. Zbliżała się epoka lodowcowa.
Czeki podszedł do Gai i polizał ją po barku. Pogłaskała jego bujną grzywę nie spuszczając wzroku z Niedy. Czeki położył się na jej kolanach i przymknął oczy. Mruczał jak rozleniwiony wulkan.
- Może ty przemówisz mu do rozsądku – zaproponowała Gaja.
Gaja, delikatnie mówiąc, nie była normalna. Dowodziły tego nie tylko rozmowy z dębami. Uwierająca samotność potęgowała szaleństwo. Była sama, samiuteńka w tym wielkim bezludnym wszechświecie i dyskutowała z naroślami własnego ciała. Problem w tym, że nic nie mogła na to poradzić. To było błędne koło. Czuła niesamowitą potrzebę zamykania się w coraz mniejszych pułapkach. Najpierw w masywnym ciele kuli. A teraz w skórnej powłoce, mniejszej nawet od młodego cyprysu.
Dużo kosztowało ją to ograniczenie. Straciła realną kontrolę nad swoim pierwotnym ciałem i nie mogła powstrzymać faktu, że rośnie jak baobab w cieniu Antorato. (Właściwie to Antoroto zaczynało piętrzyć się w cieniu Niedy). Na dodatek straciła nić porozumienia ze swoim starym przyjacielem. On nie miał wcale ochoty na stawanie się owłosioną istotą. Gai było przykro. Widział dobrze jej smutek i tęsknotę, mimo to nie przychodził. Tymczasem ona już nie znała jego uczuć. Stała się małą, nieporadną częścią świata, ale trzymała się nieporadności jak poręczy i na Boga nie zamierzała wracać. Jeszcze nie teraz.
- Jak myślisz Czeki, czy on tu kiedyś przyjdzie? - pytała lwa leżąc na śródziemnomorskich plażach ze wzrokiem wbitym w bezmiar gwiazd, w tego właśnie przyjaciela, którego ochrzciła Uranosem. Stworzyła go dla harmonii własnej Małej Ojczyzny w bezmiarze ładu, by go opuścić dla kilku splecionych ze sobą komórek.

- Wrócić – Uranos prychnął burzą nad rosnącymi górami Azji. Patrzenie na Gaję przyprawiało go o zawroty głowy. Była maluteńka i bezczelnie myślała, że z łatwością ją dojrzy. Kobiety. Zamiast cieszyć się wiecznym objęciem w rocznej skali, wolała wyemigrować do tego czegoś, co nazywała albą – ciałem. Jakby i tak nie byli pyłkiem w skali wszechświata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz