środa, 14 września 2016

Marsjanin

Matt Damon w roli Marka, kadr z filmu Marsjanin

Zazwyczaj stronię od zdradzania zakończeń filmów, choć często poruszam kwestie fabularne. Inaczej nie byłoby możliwości wyrażenia swoich emocji. Muszę jednak odstąpić od reguły, ponieważ dla dobrego objaśnienia swojej refleksji powinnam zacząć tak: Oto film o tym, jak muzyka disco uratowała komuś życie.  

Marsjanin od początku wzbudzał pewne obawy. Niektórzy, a nawet większość kinomanów ma już dość filmów o tarapatach w kosmosie. Na dodatek Matt Damon w roli opuszczonego na obcej planecie w Marsjaninie za bardzo przypomina Matta Damona w roli opuszczonego na obcej planecie w Interstellar. Można by się porwać na opinię, że dlatego wybrano go do tej roli. Ten drugi film wzbudził więcej krytyki niż zachwytu, choć lubię go przewijać do momentu, gdy przy epickiej muzyce Hansa Zimmera, Copper dokuje statek obracając się z prędkością uciekającej bazy, tak że oba statki stają się wobec siebie nieruchome i tylko przestrzeń za nimi wydaje się poruszać w szybkim tempie jak krajobraz za oknem pociągu.  
Marsjanin to jednak całkiem inny film.  
Reżyser przechodzi do rzeczy w ciągu kilku minut, co wydaje się nie dość że niewiarygodne, to może i odrobinę sztuczne, lecz ten fakt rozpływa się w świetle kolejnych zdarzeń. Burza piaskowa zmusza astronautów do przerwania misji i powrotu na ziemię. A ponieważ Mark (Matt Damon) ulega wypadkowi i wszystko wskazuje na to, że nie żyje, załoga odlatuje bez niego.  
Pracownica NASA odkrywa na zdjęciach satelitarnych, że łazik pozostawiony na Marsie zmienia swoje położenie. Okazuje się bowiem, że załoga padła ofiarą pomyłki, a Mark przeżył uratowany przez antenę, która wbiła mu się w brzuch. Jest sam na Marsie, nie ma kontaktu z Ziemią, a zapasy mają starczyć mu na jedynie 60 soli (czyli marsjańskich dni nieznacznie dłuższych od ziemskich). Przez kilka sekund bohater godzi się z myślą, że umrze, ale niedługo później wybucha oświadczeniem, że nie zamierza się poddać. Z brakiem jedzenia ma sobie poradzić, bo – i tu pokazuje w video raporcie dokument – jest w końcu botanikiem.  
Potem jest to już po prostu komedia. Komedia z najlepszej półki, zagrana i wyreżyserowana wyśmienicie, choć nie brakuje w niej łez i strachu, a akcja ratunkowa organizowana przez NASA wzbudza zdenerwowanie, bo sympatia do bohatera wzrasta i pragnienie uratowania go także. 
Nie jest to film efektów specjalnych. Dominuje krajobraz Marsa niewymagający zbyt wielu huków i wstrząsów. Kilka scen, jak burza piaskowa, unoszący się astronauci w statku kosmicznym i w końcu odbyta w przestrzeni akcja ratunkowa - wzbudzają podziw dla dzisiejszej techniki. Jest to jednak niewiele w porównaniu z takimi produkcjami jak Grawitacja czy Interstellar. Nie jest to bowiem film zrobiony dla efektów, a dla nabrania dystansu i nauczenia się szukania pozytywów w najbardziej beznadziejnej sytuacji. Mark ich szuka, śmieje się i żartuje. Przezwycięża strach i cieszy się jak dziecko, gdy udaje mu się nawiązać połączenie z NASA. Obraża prezydenta dowiedziawszy się, że ogląda go cały świat. Czasem wydaje się załamany, ale wychodzi z tego i nie traci nadziei. Obśmiewa muzykę disco, która jako jedyna towarzyszy mu podczas samotnych dni. Ta muzyka wkomponowuje się w każde poszukiwanie dobrych stron i jest chyba najlepszym lekarstwem na rozpacz. Natomiast I will survive Glorii Gaynor na napisach końcowych pieczętuje wszystko.  
Film kończy się dobrze, jak na klasyczną komedię przystało i trzeba przyznać, że śmierć któregokolwiek z bohaterów źle wpłynęłaby na odbiór filmu. Tym bardziej wzmożony był mój strach w ostatnich minutach obrazu. Tak, choć w dobie, w której bez śmierci brakuje historiom odpowiedniej wymowy, zdarzyła się prawdziwa komedia, która tę wymowę ma.  
Ridley Scott stworzył film o człowieku opuszczonym na Marsie, którego życie uratowało disco, bo gdy w głośnikach słychać Waterloo nawet najsmutniejsze nogi ciągną do tańca. Ale to tylko obrazek, bo zbawieniem Marka był silny charakter człowieka, który nie oddaje swojego życia za bezcen, lecz każe się potrudzić, by mu je odebrać. Podejmuje ryzyko, bo wie, co ma na pewno i czego należy się trzymać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz