czwartek, 16 czerwca 2016

Żniwa Zła

Okładka Żniwa Zła, źródło obrazka

Wołanie kukułki wspominam jako emocjonującą zachętę do czytania współczesnych powieści detektywistycznych. Jedwabnik nie podbił mojego serca, ale być może podkreślił tym znakomitość Wołania. Niestety Żniwa zła utwierdziły mnie w przekonaniu o fali opadającej. Oczywiście nie przeszkodziło mi to w połknięciu ich w całości.

Trzeba przyznać Rowling, że jest mistrzynią w utrzymywaniu napięcia, co złożyło się także na ogromny sukces Harry’ego Pottera. Dojrzała Rowling ma w sobie dużo delikatności, która pod znakiem zapytania stawiałaby istnienie Roberta Galbraitha, nawet gdyby tajemnica nie została odkryta. Już  pierwsza część serii o Cormoranie Strike’u nakłoniła mnie do refleksji nad tym, czy mężczyzna i kobieta mogą zrozumieć się w takim stopniu, aby wiarygodnie opisywać wzajemne zachowania. 
Żniwa zła poświęcone są w dużej mierze ujawnieniu dramatycznej przeszłości głównego bohatera. Jest to także część najbrutalniejsza. Głównym wątkiem są skrajne odmiany fetyszyzmu, sadomasochizm, akrotomofilia, piquenism. Rowling skupia się na zaburzeniach seksualnych, pokazując historie ludzi i nie szczędząc psychologicznych szczegółów. Oprócz stałych kierunków narracji: Robin i Strike’a, do roli narratora dołącza także napastnik. Jego postać osoby uzależnionej do brutalnych aktów jest według mnie niepełna. Opisy zabójstw z jego punktu widzenia są co prawda odrażające i szokujące, ale zbyt banalne by wziąć je na serio.
Nie byłam zachwycona nagłą ckliwością, która przeplatała się przez Żniwa Zła. Muszę przyznać, ze kończąc je o drugiej nad ranem poczułam straszny zawód i zdenerwowanie. Każdy ma swoich ulubionych bohaterów i woli, by pozostali do końca tacy, jakimi ich polubiliśmy. Jest w tym coś niezwykłego, że zaczynamy ich traktować, jakby przedstawiali nam akcję tuż przed naszymi oczami. Czuję żal także z powodu zagadki, w której podejrzanego należy wybrać z trzech osób wymienionych na samym początku, choć dobrze, że z konsekwencją, bez zbędnego nagle objawionego ogrodnika, który przemknął raz ulicą. Większą radość daje jednak szukanie winnego w każdym napotkanym świadku.
Ostatecznie znalazł się w książce ten drobny szczegół, który uważny detektyw dostrzega choćby po czasie i który uratował moją zachwianą opinię na temat całej opowieści. Z pewnością Joanne Rowling jak zawsze się nad nią napracowała, co niewyobrażalne musiała spędzić wiele czasu studiując muzykę rockowo-metalową. Przedstawiła nam Blue Oyster Cult, z którego piosenek wywodzą się tytuły i motta kolejnych rozdziałów. Trzeba zespołowi przyznać, że ich utwory maja w sobie to coś, a teksty zacytowane przez autorkę nie są banalne i świetnie komponują się z rozdziałami.

Mimo wszystko mam za co dziękować cioci Rowling. Uraczyła mnie smaczną, choć niesycącą opowieścią, który pożarłam, jakbym znów była dziewczynką czytającą HP w szkolnej ławce, ukrywając się przed wzrokiem nauczyciela.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz