piątek, 26 sierpnia 2016

John Adams

Podpisanie Deklaracji Niepodległości, John Trumbull
John Adams czyli jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, o którym ci mniej zainteresowani historią mało co wiedzą. Ja z pewnością nie pamiętałam tego nazwiska, dopóki tata nie zaprosił mnie do wspólnego oglądania historycznego serialu.

Akcja rozpoczyna się w roku 1770 w Bostonie. John Adams staje się postacią kontrowersyjną po procesie w sprawie tak zwanej masakry bostońskiej. 5 marca żołnierze brytyjscy zamordowali kilku agresywnych cywilów. Zostali postawieni przed sądem i uniewinnieni dzięki obronie Johna Adamsa. Wkrótce John Adams zostaje delegatem stanu Massachusetts na 1. Kongresie Kontynentalnym. Włączą się, a nawet inicjuje działania niepodległościowe wraz z innymi kongresmenami, które doprowadzają do stworzenia Deklaracji Niepodległości. Ojciec Założyciel wyjeżdża na misję dyplomatyczną do Europy, a po powrocie zostaje pierwszym wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, zaś po dwóch kadencjach Georga Washingtona drugim prezydentem w historii tego kraju. Prezydentura nie przynosi mu wiele sławy, udaje mu się jednak nie doprowadzić do wojny z Francją.
Serial nie jest typowym filmem o założeniu Stanów Zjednoczonych pełnym otuchy i optymizmu. Po pierwsze opowiada o postaci, która nie cieszy się wielką sławą, po drugie ją samą ukazuje jako człowieka o wielu wadach. Paul Giamatti, który wcielił się w główną postać, nie oszczędza mimiki na ukazanie charakteru. Jest w nim wiele ambicji i uporu, ale także pycha i powściągliwość. Z początku dręczą go obawy, które nie pozwalają mu na bezprecedensowe włączenie się w działalność patriotyczną. Swoje przemowy wygłasza często głosem wysokim i zdenerwowanym, pełnym jednak szczerości. Czasem szepcze przybliżając się do swojego rozmówcy. Łamie granicę bliskości, nawiązuje kontakt bezpośredni, stwarza wrażenie intymności, co przekonuje do niego słuchaczy. Mimo to nie zawsze wzbudza sympatię. Uważany jest za człowieka, który nie boi się wyrazić swoich myśli. Rzuca obelgami i krytykuje, a jego żona często przypomina mu, by nie tracił cierpliwości w obecności głupców.
Podobnie ukazana jest sama historia. Nie brakuje w niej odcieni szarości i krytycyzmu. Walka o zjednoczenie stanów i ogłoszenie niepodległości jest zażarta. Kongres nie jest jednogłośny. Mieszanka różnych poglądów, a także odmiennych interesów przedłuża obrady. Armia Kontynentalna dowodzona przez Georga Washingtona nie jest odpowiednio wspierana. Toczą się zażarte spory. Nie ma powagi i zgody widniejącej na obrazie Johna Trumbulla „Deklaracja Niepodległości”, co malarzowi wytyka sam John Adams pointując całą historię. Reżyserzy i scenarzyści dużo uwagi poświęcili polityce. To ona jest duchem tego serialu, w którym każdy dąży do uznania swoich racji. Bohaterowie spierają się o sposoby rządów, o wygląd ustroju. Benjamin Franklin z trudem forsuje swoje rację w Paryżu przedstawiając nam trudy dyplomacji. Polityka jest bezlitosna. A jednak jakiś cień prawości wychodzi z niej w serialu. Porażka Johna Adamsa w kolejnych wyborach jest odpowiedzią na jego szczere działania w sprawie utrzymania pokoju z Francją. Mimo korzystnego dla niego nastroju wojennego, wybrał, jak mniemał, korzystny dla państwa pokój. Ta droga doprowadziła do zakończenia jego kariery politycznej.
Niesamowicie odegrane są także inne postacie przewijające się przez serial. Dzięki aktorom o dużym doświadczeniu, prawie każdy z bohaterów ma swój wyjątkowy koloryt. Mi najbardziej do gustu przypadł Thomas Jefferson, w którego wcielił się, znany większości z Gry o Tron, Stephen Dillane. Odtworzył on delikatność i głębie Jeffersona niesamowicie oszczędną, a jednak wymowną gestykulacją i mimiką. Gdy w pewnej scenie położył się spokojnie na oparciu sofy jakby w zamyśleniu, podbił moje serce. Na uwagę zasługuje także Tom Hollander znany z "Dumy i Uprzedzenia" oraz kultowej roli Lorda Becketta w "Piratach z Karaibów". Zagrał on gościnnie króla Jerzego III, lecz z taką dozą wrażliwości i gamą uczuć, iż mogłabym przysiąc, że grał go od samego początku. A przecież wcześniej jedynie o nim wspominano. Łzy kręcące się w jego oczach odrobinę mnie zmyliły. Lecz po zastanowieniu uznałam, że nie można było lepiej ukazać jaką wściekłość musiał mieć w sobie król witający pierwszego ambasadora Stanów Zjednoczonych, których niepodległości nie mógł przeboleć do końca życia.
Przedstawienie politycznego świata w tym serialu z pewnością mnie urzekło. Spodobała mi się także elegancja i kultura narodu. Widać w nim skromność i równowagę oraz prostotę w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie ma tu otwartej nagości, bezwstydnych romansów i wszystkiego, do czego przyzwyczailiśmy się z dzisiejszych filmów historycznych. Amerykanie z dystansem podchodzą do Francuzów rozkoszujących się w wulgarnych żartach i bezgranicznych namiętnościach. Sama arystokracja francuska obrzydza widza swoim usposobieniem i wyglądem. Jest to pierwszy serial jaki oglądałam, w którym biały puder na francuskich twarzach postarza, podkreśla wszystkie niedoskonałości i zniechęca do mody tamtego niespokojnego okresu. Amerykanie wydają się inni. Z jednej strony zacofani, prostaccy, z drugiej po prostu ułożeni i powściągliwi. Być może był to skutek niebezpieczeństwa i niepokoju społecznego, które czaiły się na każdym kroku.
A jednak w serialu nie brak wątku miłosnego. I to on najbardziej mnie ujął. Małżeństwo Johna Adamsa z Abigail to wzór miłości, jakiego trudno szukać w dzisiejszej filmografii. Zawarty w młodości związek jest burzliwy i trudny. Wstrząsa nim praca Johna Adamsa, jego działalność polityczna, potem bardzo długi pobyt w Europie. Ta miłość jednak przeżywa i okazuje się w ostateczności najważniejszą rzeczą dla Johna Adamsa. Od początku widzimy oszczędną i jakby powodującą strach czułość, którą siebie darzą. Czasem można mieć wrażenie, że mimo kilkunastu lat małżeństwa wciąż czują niepewność w swoim uczuciu wobec siebie. Poza tym łączy ich przyjaźń, najważniejsza we wszystkim. John Adams podkreśla to w listach, a bliżsi znajomi wspominają często o jego wielkim przywiązaniu do swojej żony. Nazywa ją drogą przyjaciółką i najważniejszym doradcą. Bez niej nie może się pohamować i odnaleźć w sobie cierpliwości niezbędnej dla polityka. A przez ich związek przewijają się czasem sceny drobnych namiętności, które jeszcze bardziej wzruszają i dotykają, gdy są odpowiednio rzadko dawkowane.
Niektóre sceny odegrane były nieprzekonująco lub sposób ich przedstawienia wydawał się sztuczny. Nie podobał mi się dobór aktorów grających dorosłe dzieci Adamsów. Nie ujęła mnie pyskatość najmłodszego syna. Nie mogłam się przekonać do Benjamina Franklina granego przez Toma Wilkinsona. Postarzanie bohaterów było bardzo nierównomierne i raziło w oczy nawet nieuważnego widza. A jednak sceny wzruszeń były mocniejsze. A muzyka Josepha Vitarielliego i Roba Lan'a cały tydzień chodziła mi po głowie.

Co do wpływu na mnie, bo przecież do tego to wszystko zmierza. Nie ma nic lepszego niż zobaczyć piękno w przeciętnej miłości, na nowo zafascynować się historią i nabrać dystansu do spraw tak gładko ułożonych przez podręczniki. Dobre jest także uczucie i myśl, że samemu pamięta się o Johnie Adamsie, który choć nie był idealny, pozostał porządnym człowiekiem. To w końcu serial o ludziach, których warto naśladować. O bohaterach tak samo historycznych jak i codziennych. Jeśli kiedyś dane wam oglądnąć choć kawałek, serdecznie polecam abyście to zrobili.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz